Wespół czyli kupą
dodano: 15.02.2009

Idę tam. Jak w paszczę lwa. Jak w paszczę szaleństwa. Idę z muzyką na uszach, bo ta mi dodaje odwagi w ten zimny wieczór. Idę jak na ścięcie, choć mam cichą nadzieję, że może kat rękę wcześniej złamie, może później przy machnięciu toporem się utnie i świśnie tylko koło ucha. Idę z duszą na ramieniu, bo nie spodziewam się niczego dobrego. I trochę tego nie rozumiem, bo z nadzieją powinienem iść. Powinien mnie nieść obywatelski obowiązek. Powinno mnie nieść poczucie wspólnoty. Powinno… Kiedyś kumpel do kumpla otwierającego w namiocie konserwę rzekł: -Weź to wypierdol! Na co otwierający puszkę odpowiedział mu: - Sam się weź wypierdol. Oto historia o tym, jak sam się wypierdoliłem z zebrania mieszkaniowej wspólnoty.
 
Idę bo mnie poproszono. Małżonka mówi: -Idź. Nigdy nie byliśmy. Idź. Może jakieś ważne rzeczy będą podejmowane. Idź. Trzeba się dowiedzieć, co ze śmietnikiem i z ociepleniem budynku. Idź. Zobacz w ogóle jak to wygląda.  Więc idę bo mnie poproszono. Ja nie wiem czego oczekiwaliśmy. Pojęcia nie mam. Tak samo nie mam pojęcia, jak i jakiegoś przykładu, że różni ludzie w różnym wieku jakoś rozsądnie swoim dobrem zarządzają, że różne epoki się dogadują jakoś sensownie, bez wstydu. Nic mi nie przychodzi do głowy. Nic co nadzieję by dało. Ale idę. Idę bo mnie poproszono. Bo też do tej wspólnoty należę.
 
I schodzą się. Różnej maści w różnym wieku. Cierpliwie znoszę każdą kolejną minutę opóźnienia tego zebrania. Pomaga mi w tym mój plejer, moja wrodzona cierpliwość i jakiś ledwo tlący się ognik nadziei. No bo co się może stać na zebraniu wspólnoty? Pewnie będzie kilka głosowań, pewnie kilka odczytów, zapewne dyskusja o zeszłorocznym budżecie będzie, bo w końcu taki główny temat spotkania jest, pewnie coś ustalą a propos tego śmietnika nieszczęsnego, który przy bloku obok już stoi, ale zamurowany, zakratowany, on nie dla nas. Jakby nie dla psa kiełbasa, jakby nie dla gołębia krakowski rynek, jakby nie dla Zygmunta dzwon. Więc myślę, spoko – dogadamy się jakoś. Damy radę. Jesteśmy we wspólnocie, jesteśmy w kupie, a tej przecież nikt nie ruszy. Co dwie głowy to nie jedna i im więcej tym lepiej i generalnie przecież szukajmy tego co łączy, a nie dzieli i człowiek to zwierze stadne itd. Ale zapomniałem, że także gdzie kucharek sześć to nie ma co jeść oraz najważniejsze, że gdzie piętnastu Polaków to trzydzieści poglądów.
 
Punkt pierwszy zebrania – Sprawozdanie budżetu.
Więc zaczyna się ten pełen dramaturgii spektakl. Już przy odczytywaniu planu spotkania pojawiły się pierwsze uwagi: -Przepraszam, czy już można swoje uwagi mówić? – wyrwało się siwe nastroszone z pierwszej ławki. – Ale pani ma uwagi do planu spotkania? – pyta prowadząca. –Tak! Nie… Nie wiem. Ale mam uwagi!. No, myślę, będzie gorąco. –Dobrze…czy ktoś ma jakieś uwagi do przeczytanego sprawozdania za wydatkowanie budżetu za rok 2008?- pytają po odczytaniu tegoż. - Ja nie mam, ale chciałam powiedzieć, że moim zdaniem należy zmniejszyć pensję panu dozorcy – siwe nie daje za wygraną. I widzę jak to zdanie rzucone zostaje jak mięso do klatki lwów. I widzę te lwy jeden przez drugiego rzucające się na to mięcho. I patrzę sobie z boku jak już parka ze średnią wieku 173 gotuje się ze złości. Jak im te fałdy zwisające z policzków falują od zgrzytania protezami. Jak laska zaczyna głośniej stukać o podłogę. Spoko luz, myślę. Lew zaczyna walczyć. – Ja Proszę Pani, do Pana Dozorcy nie mam najmniejszych zastrzeżeń!!! – krzyczy jakby głosem bronił Westerplatte. – Ja więcej powiem, jestem z jego pracy baaardzo zadowolony!!!  - Taaak! – zgadza się z drugiej strony stołu jakiś jego rówieśnik – Takiego dozorcy to ze świecą szukać!  Spośród uniesionych głosów sugerujących nienajlepszy stan zdrowia psychicznego Siwej Nastroszonej, usłyszeć można było, dokładnie zza moich pleców, cichutki głos: - Dziękuję Państwu za wsparcie. Gwar ucichł. Ale tylko gwar. Siwa nadaje dalej. – Proszę sobie wyobrazić, że w naszej piwnicy jest brud, smród i ubóstwo. I wszystko przez dozorcę, bo w ogóle tam nie zagląda! – krzyczy zaczerwieniona na ususzonych polikach. Ja sobie wyobrażam piwnicę bez ubóstwa. Te szczury nażarte aż im się ruszyć nie chce, te ich gniazda, czy gdzie to one tam mieszkają, pełne najlepszego szwajcarskiego sera, najdroższego, przy którym oryginalny gruyere to kit do uszczelniania nor. I napoje z palemką, które przynosi przejęty ich losem Pan Dozorca. I radiowęzeł puszczający szwajcarska muzykę ludową i narady mysich mędrców radzących jak sprawić, aby ser miał mniej dziur. I ja sobie tak to wyobrażam, ale życie jest brutalne. Spotkanie wspólnoty trwa dalej. Siwa ględzi bez żadnej przerwy. – My z mężem trzy tygodnie temu zeszliśmy do piwnicy i znaleźliśmy mysz! Ja pierdziu  - myślę – czemu nie pójdzie z tym do TVNu? – Jedna mysz to nic. Dwa dni później były już dwie myszy, bo pan dozorca nie zszedł i ich nie sprzątnął. Tydzień później myszy było pięć, i my z mężem sami te myszy musieliśmy sprzątnąć!!! No brawo, myślę, to jest prawidłowa postawa obywatelska. – A Państwo zdają sobie sprawę jak śmierdzi w takiej piwnicy? Jak śmierdzą te trutki na myszy i szczury? -  pyta, jakby tylko ona do piwnicy schodziła. A ja sobie wyobrażam jak Pan Dozorca łazi od trutki do trutki i spryskuje je najlepszymi dostępnymi na rynku perfumami. Lepiej…wyobrażam sobie jak stoi w perfumerii w centrum handlowym i nos puchnie mu od wąchania próbek. Jak szuka tego idealnego zapachu do mysich dziur i trutek. Jak się stara. Ale zebranie wspólnoty trwa. -Przestań Pani gadać o tych szczurach. Porządek trzymaj se pani w domu, a jak jest piwnica to nie musi pachnieć – spokój z jakim pan Waldek wypowiada te słowa w pełni przekonany o ich wadze, i z jakim podkasuje rękaw koszuli, udziela się reszcie zebranych. Uffff, teraz będzie tylko lepiej.
 
Lepiej podaj wiadro…
 

Drugi, nieprzewidziany w planie, punkt spotkania - Robale
- Pojawiły się insekty - pani siedząca tyłem do mnie podejmuje nowy wątek. Niestety nie widzę jej twarzy, a z głosu nie jestem w stanie wydedukować, jak bardzo męczy ją ten temat. Mnie męczył. Przez kilka miesięcy na własna rękę walczyłem z uzbrojonymi w czułki gówienkami, które pomimo cholernie niewielkich rozmiarów wzbudzają we mnie mega obrzydzenie i powodują gęsia skórkę. Przez cały ten czas zdążyłem się siłą rzeczy z nimi zaprzyjaźnić na tyle, że opadaniu na skorupkę insekta ciężkiego buta, nie towarzyszył okrzyk obrzydzenia. Czasem w nocy, kiedy było wystarczająco cicho, słyszeliśmy jak ich skorupki uderzają o blat stołu w kuchni. Spadały od sąsiadki dziurą przy karniszu. Teraz mamy spokój, ale pieron wie jak długo wytrzymają w zawieszeniu broni. Więc jak tylko pani przede mną proponuje przegłosować przeprowadzenie dezynsekcji w całym bloku – na klatkach i oknach – jestem pierwszy, który podnosi rękę do góry. Oprócz mnie jeszcze kilka osób ma ten problem. Pan przewodniczący zlicza głosy, a Siwe Nastroszone ma kilka pytań: - A ile takie coś kosztuje? – Nie wiemy dokładnie, ale około 500 złotych – odpowiadają bardziej zorientowani. - Matko Boska ile? O nieeeeee!!! – ryczy jakby wyzionąć ducha miała – W dobie kryzysu nie możemy sobie na to pozwolić!!! Jezus Maria…Jezus Maria…Boże…jeśli tylko jesteś, poproś żeby nie podejmowali dyskusji….poproś o przejście do innego tematu. Ja mam żonę, ona w domu czeka, ja mam małe dziecko, ono też za tatą tęskni. Tatę tak rzadko widzi. Ale obowiązek trzeba spełnić, dlatego tata tu siedzi, no ale przecież można ten temat ominąć, jakoś sprytnie udać, że się nie słyszało Siwej, nie dać się tej wichrzycielce sprowokować…No, ale życie jest brutalne. Widzę jak laski się unoszą w górę, jak prychając w sufit jeden i druga unoszą głowy do niebios, jakby prosząc o to samo co ja. Ale nie. Oni myśli zbierają. To najgorsze co może spotkać tatę tęskniącego za rodziną. Oni starają się tak dogryźć, aby zabolało, ale by nie było zbyt banalnie. I widzę, że im nie wyjdzie, nie ma żadnych szans. Nic więcej niż poddanie pod wątpliwość stanu zdrowia psychicznego Siwej nie wchodzi w grę. Kłótnia prowadzi do zbagatelizowania problemu i do zaniechania głosowania w sprawie dezynsekcji.
 
Ładnie. Mina jak fiut. Siedzę tu już godzinę i poczucie traconego czasu jest mocniejsze niż poczucie wypełniania obowiązku obywatelskiego. Dam szansę…dam szansę.
 
Punkt trzeci spotkania – Ocieplenie
W sprawie ocieplenia budynku: - Czy Państwo są zainteresowani ocieplaniem budynku?Oczywiście, a ile to kosztuje? –Dokładnie nie wiemy. Uzyskanie konkretnej kwoty poprzedzają plany i kompletne wyliczenia. – A mniej więcej?- Mniej więcej nie wiemy. Wstaje oświecona Siwa i rzecze tako: - Na naszym osiedlu jest wieżowiec 10 piętrowy i on jest ocieplony i pomalowaną ma elewację. Trzeba się ich zapytać ile zapłacili i odjąć te 5 pięter różnicy. Łukasz, mówię do siebie, jak długo jeszcze? Rodzina w domu czeka, jutro wyjeżdżasz, niech się nacieszą. Ale nie… Daj szansę, daj szansę – słyszę w drugim uchu. Daję, ale już żałuję. – To zebranie jest bezsensu! Państwo nic nie wiedzą i nas pytają o zdanie. Nie macie żadnych danych! Ktoś powinien za to zapłacić! Po co my tu siedzimy? To jest niedorzeczne!!! Mogliśmy spokojnie w domach siedzieć i nie zawracać sobie głowy tym zebraniem. Według mnie powinno wyglądać to następująco… – wyraźnie artykułuje swoje zdanie jakiś uniesiony pan starszy, który roztacza przed nami – właściwie to przed nimi – wizję idealnego spotkania wspólnoty. Roztacza bardzo długo. Tak długo, że zdążył już uśpić czujność i Siwej i reszty starszyzny. Nie ma kto mu przerwać. Wszyscy jak przy Kaszpirowskim śnięci. I sobie wyobrażają to idealne spotkanie wspólnoty i uśmiechają pod nosami, jakby to dobrze było, gdyby Siwej nie było. I ocieplanie bloku sobie wyobrażają i te insekty zdechłe…i widzę, że im się podoba, jak ktoś składnie mówi i do rzeczy. Owszem, składnie i do rzeczy, ale po kiego wała?

Daj szansę. Daj szansę!

 
Punkt czwarty spotkania – Altanka śmietnikowa
- Proszę Państwa – na dzień dzisiejszy, nie mamy jeszcze nic, oprócz planu budowy altanki – mówi przewodnicząca wspólnoty czy kim ona tam jest. Zajebiście, se myślę. Ci z bloku obok mają strzeżoną willę dla swoich odpadków, a my co dzień przepełniamy jeden bidny kontener, a wysypujące się śmieci zajmują miejsca parkingowe samochodom z naszego osiedla. – Mamy plany, ale nie mamy pozwolenia od Miasta na budowę altanki. Nie mamy nawet wyznaczonego miejsca jej budowy.
Nagle wstaje Siwa, i myślę, że w końcu zrobi raban w odpowiednim momencie i w temacie, w którym wspólnota powinna przemówić wspólnym głosem. Wyciąga zapisaną kartkę z torebki i z wypiekami na twarzy zaczyna mówić: - Proszę Państwa wracając do obcięcia pensji panu dozorcy to mam tutaj zapisane, że…2 stycznia, piątek, dozorca wchodzi na klatkę o 9: 15 i wychodzi z niej o 9:24. Dziewięć minut zajęło mu sprzątnięcie wszystkich pięter! To jest nic… 5 stycznia, wtorek – wchodzi na klatkę o 9:01….
 
Punkt piąty spotkania wspólnoty – Wypierdalam!
Nie wytrzymuję. Jednym uchem i okiem, widzę i słyszę, że ona to na serio robi, że dalej czyta te jej zapiski, a drugim uchem i okiem staram się zlokalizować na wieszaku moja kurtkę. Poddaję się. Półtorej godziny gadania o niczym to za dużo jak dla stęsknionego ojca i męża. Wypierdalam. Nie mam siły. Rzucam ukradkowe spojrzenie na ostatni rząd siedzących, w którym ciut młodsi zasiedli, a który z zupełnym zrozumieniem i lekkim uśmiechem obserwuje jak uwalniam się z tej kosmicznej maligny. I widzę, że mi zazdroszczą, widzę, że chyba tez chcieliby wyjść, ale chyba tego dnia nie mają nic lepszego do roboty. 
Wychodzę w jeszcze większą noc i jeszcze większy chłód. Bogatszy o kolejne jakże ważne doświadczenie. Bez jakiejś większej, ciekawszej puenty. 

wawatown, 15.02.2009