Upał jak człon. 30 w cieniu. Barczysty, acz nie rosły ochroniarz spoconą ręką ociera pot z czoła i widać, że nienajlepiej mu w tym dniu. Bo i kamizelka ciężka i czarna, koszulka, mimo że z krótkim to jednak nieprzewiewna i także w kolorze black, tonfa też nie pomaga, merda się przy pasku i wybija z tego leniwego rytmu dnia. Ale praca jest praca i chociażby miał zejść na zawał, on trwać będzie na straży, on będzie jak lew walczył, żeby wszystko było w porządku. Ale zmęczenie to pikuś. Zmęczenie to jest podrzędne uczucie tego popołudnia. On podniecony jest. Bo nie robi byle czego dzisiaj. On ochrania gwiazdy na dniach miasta…a…w zasadzie to jedną tylko gwiazdę bo reszta zespołów występujących tego dnia to się w TV nie pokazuje. I słyszę jak nerwowo ustawia kolegów z drużyny: Krzysiek…prawa strona sceny, Wojtek twój rewir to okolice wejścia do garderoby. Marcin z drugim Krzyśkiem stoją przy busie jak podjedzie. Zakodowane. Wszyscy przyjęli koordynaty. A kiedy przyjadą? – pyta niecierpliwy Marcin. Ma ich eskortować straż miejska, żeby spokojnie przez miasto przejechali. Powinni tu zaraz być – barczysty odpowiada.
No więc ja sobie na to patrzę. Ja wiem kto ma podjechać i tym bardziej zastanawia mnie to zachowanie eskadry ratunkowej o piorunującej nazwie jakiejś. Nie dlatego, że gwiazda przyblakła…Broń Boże (jeśli istniejesz), nie dlatego, że im się nie należy. Nie dziwi mnie tej eskadry zachowanie, bo już wcześniej wyganiali nas prawie z naszej garderoby, bo ONI przyjeżdżają i będzie awantura, że ktoś tu chodzi i będzie zły organizator, że ZESPÓŁ jest zły, że ZESPÓŁ jest niezadowolony i niemiłe wspomnienia zabierze z dnia tegoż miasta. Dziwi mnie (a przecież nie powinno, duży jestem, nie? Trochę już widziałem i wiele rozumiem) to podniecenie organizatorów i służb wszelkich. No więc właśnie przestaje dziwić, bo przecież to gwiazda telewizyjna przyjeżdża. To nie jest to samo jak przyjeżdża zespół znany z nazwy, a nie z telewizji. Ci z telewizji są ważniejsi. Są wyżej, bo to oczywiste, że TV pokazuje to co dobre, a na to, co niedobre, albo dobre mniej, to szkoda zer i jedynek w cyfrowych kamerach światowych firm. Nieważne. No więc przyjeżdża ten bus eskortowany przez straż miejską. Wywołuje niemałe zamieszanie wśród uczestników festynu i wśród agencji ochrony. Już widzę, że barczystemu szefowi ciśnienie podskoczyło, bo czerwony na gębie się nagle zrobił (a może to piekące słońce tak go zburaczyło?), bo już jak baletnica podbiega do busa i niemal jak Eastwood w Na Linii Ognia zaraz złapie za klamkę w drzwiach i osobiście poprowadzi samochód w pobliże sceny. Ale nie…za klamkę to nie łapie. Zna swoje miejsce w szeregu. Wie, że przed maską busa powinien się zatrzymać i rękami dawać znaki do wjechania w okolice sceny. Śmieszne? No właśnie nie, bo co się może przed taka sceną busowi stać… No co? A nuż wyskoczy kamień spod nierównej płytki chodnikowej i uderzy w szybę, a jeszcze gorzej lidera w oko. A może być też tak, że nieszczęśliwym trafem dziecko w szale i agonii spowodowanej podnieceniem z przyjazdu gwiazdy, zerwie się z jakże mocnej i wielokrotnie sprawdzanej smyczy i ucieknie rodzicom wprost pod koła busa. Tragedia gotowa. Co jeszcze? To samo z psami. Ludzie na te festyny przychodzą ze swoimi pupilami, a pieron wie czy taki pupil to jest najedzony czy raczej głodny i drażliwy. A niech odgryzie smycz i niech się wyrwie panu z ręki. Jeden sus przez płotki przed sceną i już wisi u gardła liderowi grupy, a krew po reszcie kapeli ścieka jak pies w dowcipie o studencie murzynie*. Ale może być gorzej. O wiele gorzej. Spod ławek, spod trzeszczących drewnianych bali i metalowej konstrukcji, ukrywający się od półtora tygodnia fan, w zupełnie nieodpowiednim momencie wyskoczy stamtąd jak z konopi Filip i poprosi swojego idola o autograf, a przecież ten zmęczony podróżą, bo 30 km przejechał w autobusie (klimatyzowanym zazwyczaj) nie ma najmniejszej ochoty podpisywać nic, a już na pewno nic nieznaczącemu komuś, kto się jakimś cudem znalazł z tyłu sceny. Co taki gwiazdor sobie o ochronie pomyśli? Co pomyśli sobie o ochronie Prezydent Miasta? Toż to masakra jakaś.
No więc ja siedzę i patrzę na to wszystko. Jak ten bus się obok sceny zatrzymuje. Jak z sykiem otwierają się drzwi. Jak spocony ochroniarz już jest przy tych drzwiach i jakby mógł to już już już wyciągnąłby tych gwiazdorów z tego busa i ochraniał ich całym ciałem. A ja na to patrzę. I wysiada to De Mono i witają się z tym ochroniarzem jak normalni ludzie i jak normalni się zachowują. I nikt z nich nie krzyczy na nikogo, wyglądają na wyluzowanych i zadowolonych i widać, że się cieszą, żartują i są w dobrych humorach.
A ochroniarz stoi i w zasadzie nie ma co robić. Bo on sobie nie tak wyobrażał prawdziwe gwiazdy. No nie tak. Prawdziwa gwiazda to nadczłowiek, a ci tutaj się zachowują normalnie. I co on biedny ma robić, skoro żaden pies, żaden nachalny fan czy żadna nierówność chodnika nie psuje humoru artystom.
Wedle podań książkowych podczas pierwszego pokazu kinematografu bracia Lumiere puścili widzom film z wjazdu pociągu na stację. Ci tak przestraszyli się jadącego na nich pojazdu, że z krzykiem pouciekali z sali kinowej. I co? Lata mijają, nawet wiek się zmienił. A potęga szklanego ekranu wciąż jest nieziemska.
------------------------------------------------------
*dla niezorientowanych:
Wykłady z chemii. Profesor od 10 minut miesza składniki przeróżne i z fiolek unosi się dym różnokolorowy. Coś tam wybucha, coś tam się iskrzy. Profesor miesza i miesza i po chwili pyta: Jak zachowa się w tej sytuacji woda? Na sali konsternacja. Nikt nie wie. Profesor podnosi fiolkę i pokazuje studentom: O proszę. Woda ścieka! Wszyscy robią Łał. Po chwili ciszy student afroamerykanin wstaje i pyta: Pani Profesiorze, ja ciegoś nie rozumie. Jak to możliwie: Woda ścieka i pies ścieka?**
** Po przeczytaniu tego dowcipu doszedłem do wniosku, że to porównanie jest o dupę potłuc, ale i tak go zostawię;-)
Wawatown, 15.07.2008