Że lot podobno ciężki. No rzuca, wciska w fotel, kolejki do kibla, śmierdzi, skrzydła się trzęsą jakby miały odpaść, mało miejsca na nogi i na zdrętwiałych trudno wyjść z samolotu. Katorga. Lot to katorga. No podobno. A na szczęście nie prawda. Jest ciszej i spokojniej niż w trasowym busie. Choć jest też alkohol i beczka śmiechu. Ale ja nie o tym. Nie żebym przeżywał pierwszy lot jakoś straszliwie. Ja o podróży do Londka chciałem. I to też nie jakoś z „łałałiła”... O sklepach dwa słowa. O muzycznych sklepach rzecz jasna.
Londek odwiedziliśmy z zespołem. I koncert oczywiście rzecz najważniejsza, bo Polonia spragniona rodzimej muzy jak wielbłąd z pustym garbem wody, ale pochodzić po Londku, pozwiedzać, zakupy zaliczyć, kasy trochę wydać, popatrzeć na półki z CD, z zazdrością przez zaciśnięte zęby rzucić kurwami w stronę tego dobrobytu kulturalnego, tego wszystkiego też trzeba zażyć. Obowiązkowo. Bez dwóch zdań i marudzenia.
No bo co? Nie rzucę schabem widząc, że nasz kraj dzięcieliną pałą pachnący, kaczeńcami, wierzbami płaczącymi i mleczami porośnięty, ten który najazdy przeżył, ten co Kopernika wydał na świat, poetów z półek najwyższych miewał, ten co Oskary i Noble posiada, ten, w którym „Bóg Honor Ojczyzna” i okruszek chleba przez uszanowanie, i kończ waść wstydu oszczędź, to on kulturalnie za murzynami jest? Mam bez wkurwu i ze zrozumieniem przyjąć do wiadomości, że kraina od nas dwie godziny lotu odległa rozwinęła się szybciej niż my, i że tam w sklepie muzycznym normalnym jest koncert np. Billego Bragga i KT Tunstall, którzy pewnie nie wiedzą nawet gdzie taka Polska sobie leży? Przesadzam, nie? Kurde, no może. Ale od lat śledzę sobie allegro coby jakieś fajne płytki wyjąć, a tam idę do sklepu i mam wszystko w cenach dwa, jeśli nie trzy razy niższych.
Proszę. Przykłady.
Ochłonęliśmy po locie, ciśnienie w uszach się wyrównało, koledzy z Megayogi dotransportowali nas do hotelu, kwaterunek przebiegł bez zakłóceń, więc po ohydnym angielskim śniadaniu czas wyskoczyć na miasto. Nie będę obrzydliwie rzucał nazwami ulic, stacji metra czy dzielnic, żeby nie było, że se polaczek pojechał za granicę to już własnego języka zapomniał i czuje się tam jak pies przed swoją budą, więc powiem tylko, że pierwsza lepsza dzielnica, pierwsza lepsza ulica i mamy komis płytowy. Winyle, cedeki, dvd, vhs, jazz, rock, punk. soundtrack, musichall, emo, sremo i generalnie wszystko. Ceny? Od 50 pensów do 10 funtów w zależności od daty premiery. No i co? Trzeci Biffy Clyro – stan idealny za 3 funty czyli na „łoko” 15 zyla, pierwszy singiel Pedro The Lion – jakieś 2,5 zł, za singiel pierwszego zespołu tyle samo. Rarytasów i rzadkości od groma. Aż wyjść ciężko. No, ale wyjść trzeba, bo przecież promocje w HMV.
No to lecim z zespołem do salonu. Sunny Day Real Estate, Amandine, Gogol Bordello, The Sounds, Cursive, Bright Eyes, Thee More Shallows, The Cribs, Jens Lekman, Azure Ray, wszystko czego u nas z lupą i świeczką z samego rana w słoneczny dzień tuż po przebudzeniu szukać w sklepach możesz, ale znaleźć nie musisz, tam grzecznie czeka na półeczce, aż sobie do łapki weźmiesz i kupisz. Ceny zachęcające, promocje nie pozwalające na spokojne opuszczenie sklepu. Więc The Cribs ostatnie w Polszy 69,99 zł, tam 30 zł. Eels – Essential czyli the best of i dvd z klipami – cena w Polszy od 73,00 do 89,99 zł za nówkę, tam 50 zł. Wydane w tym samym czasie Eels - Useless Trinkets, u nas od 108 do 139, tam po ludzku za dwie płyty CD i jedną DVD w zestawie liczą jakieś 80 zł. Szperamy dalej: Cursive - Happy Hollow - u nas jak sobie poczekasz 40-50 dni to za 70 zł plus przesyłka dostaniesz pocztą, tam za dokładnie połowę tego jest do wzięcia od ręki (inna sprawa, że w muzycznym na lotnisku po tamtej stronie kupiłem właśnie tą płytę za niecałe 5 zł). Dalej: promocja - 2 płyty za 10 funtów. No żyć nie umierać. I Cribs, i Feist, i Foo Fighters, i Bad Religion, i Morcheeba, i Weezer, i Explosion in The Sky, i Badly Drawn Boy i siedem miliardów sześćset milionów innych płyt w tejże ofercie. A przy okazji tak sobie grzebiąc w półeczkach z płytami można zobaczyć i posłuchać na żywo np. wspomnianą wcześniej KT Tunstall, bo ot tak dziwnym trafem koncercik w sklepie gra. A po niej wspomniany również Billy Bragg, też z gitarą i koncertem na wyciągnięcie uszu i rąk. A weź....

Pewnie. Jest późno, jestem śpiący, za parę dni trasa, więc lekki stres jest, no to może się wydawać, że tak bez sensu siedzę, pierdzę i marudzę na temat, i przymęczam, i że cudze chwalę, a swego nie znam, ba...że w ogóle się nie znam. Ale na serio... Jeśli ja tu mam wydawać parokrotnie więcej na płyty, które w innym cywilizowanym kraju, nie tak odległym od nas, są za połowę tej ceny, albo mniej, to mi się nie chce nic dobrego nawet śnić. Ja mam koszmary. Mnie się śni, że ja wydaje kasę na płytę, a wraz z tantiemami dla artysty muszę zabulić panu z wytwórni jakiś kosmiczny haracz. I potem człowiek z boku na bok, z boku na bok i czacha rano pełna czarnych myśli – ściągać nie ściągać? Pies im mordę lizał. Ja po swojemu dalej będę robił. Ściągał, słuchał, potem ewentualnie kupował, a jak się poprawi nasz smutny rynek muzyczny to może i spał spokojniej będę...i się półkę na CD kolejną dokupi.


ps. dzięki wielkie chłopakom z www.megayoga.co.uk za zaproszenie!
wawatown, 26.02.2008.