Johnatan Safran Foer to amerykański Żyd. O ile do amerykańców teoretycznie nic nie mam, o tyle do Żydów, wedle profesora Grossa, powinienem mieć przynajmniej uraz. Chociażby najmniejszy. Ot, taki, żeby krzywo spojrzeć jak przejdzie w tych pejsach obok mnie. Trudno, u mnie to nie działa. Nie ta epoka chyba. Co więcej, ja do Foera mam szacunek, ja jemu nawet trochę zawdzięczam. Nie żeby życie, nie żeby nawet pół. Ot napisał dwie bardzo mądre książki, a na podstawie jednej zrobili film z chyba najdoskonalszą ścieżką dźwiękową – soundtrackiem znaczy. Jak ktoś się lubi wzruszać czytając, oglądając i słuchając, to niech czyta.
Foer jest pisarzem. Młodym. No, nie znowu takim bardzo młodym, bo rok ode mnie starszym. Nie licząc krótkich opowiadań i różnych niewielkich objętościowo tekstów, dwie książki dopiero napisał. A że w pisaniu nie szybkość, a jakość ma znaczenie, to raczej dobre książki o ich autorze świadczą dobrze. Będą z niego ludzie.
Wszystko jest iluminacją to powieść autobiograficzna o podróży młodego Johnatana na Ukrainę w poszukiwaniu kobiety, która uratowała w czasie drugiej wojny światowej jego dziadka. Książka drogi, pełna doskonale wyważonej mieszanki smutku, melancholii, szalonej radości i błyskotliwego poczucia humoru. Taki jest też film. Taka jest tez w nim muzyka.
Przyznaje bez bicia. Najpierw zobaczyłem ekranizację. Zachwycony niemal wszystkim (scenariusz, zdjęcia, muzyka, aktorzy – Frodo gra, jeśli kogoś to rusza) zapoznałem się z Foerem. Kupiłem opowieść o ukraińskich poszukiwaniach, jak i następcę debiutu Strasznie głośno, niesamowicie blisko czyli rzecz o dziewięcioletnim, rezolutnym i bardzo inteligentnym Oskarze, którego ojciec zanim zginął w WTC zostawił w kopercie z napisem Black, tajemniczy klucz. Z tego co wiem, tego jeszcze nie ekranizują, choć znając chęć tych zza oceanu do filmowania wszystkiego co ktoś tam kiedyś napisał, jest to chyba tylko kwestią czasu. No i good. Bo jeśli z takiej prozy maja powstawać takie filmy to ja jestem ręka, nogą, głowa i śledzioną ZA.
No dobra. Teraz o muzyce. Czemu niby ten soundtrack taki dobry? No jeśli zakładamy, że kryterium oceny takiego dzieła jest jego „słuchalność” (tak jak grywalność gry, a nie np. wskaźnik słuchalności) to temu co w duszy słowiańsko gra, łyknie taki soundtrack bez zastanowienia. W pierwszym utworze jest już wszystko. I ten smutek i ta radość, i ta podróż rozklekotanym samochodem przez biedną Ukrainę z chorym psychicznie psem o nienormalnym imieniu Sammy Davies Junior Junior, ta melancholia, ten cały słowiański kosmos, to wszystko tam jest. Proszę posłuchać Odessa Medley. Klimat filmu zamknięty w niecałych czterech minutach. Cztery minuty jak bryk prawie dwugodzinnego filmu. I co my tu mamy? Klezmerskie granie przeplatające się z niby bałkańskimi trąbkami, słowiański akordeon, klarnet odgrywający przepiękny temat, rozmowy dęciaków ze skrzypcami, tuba grająca prosty, przejrzysty pochód basowy, inne jakieś ludowe instrumenty tworzące niesamowicie bliski sercu mieszkańca tej części Europy klimat. Miód. Jak to mawiał mój kolega ze studiów słuchając Cradle Of Filth – „Normalnie ambrozja dla uszu”.
Prologue/Babushka. Następny diament Cantelona. Klasyczna gitara wygrywa rzewną melodię, a po chwili dołączają do niej i skrzypce, i akordeon, i mandolina, i tuba, i wszystkim nagle nogi same rwą do walczyka.
Podobno najbardziej płodny jest artysta głodny, albo ten co dużo w życiu przeszedł i ma o czym pisać. Jedno jest pewne Paul Cantelon doświadczenia dużego nie ma, bo Everything is Illuminated to jego pierwszy poważny soundtrack. Więc może dużo w życiu przeszedł? No przeszedł. Będąc nastolatkiem miał poważny wypadek samochodowy, który spowodował u niego znacząca amnezję. A przecież ten film to opowieść o pamięci, o historii, o chęci dochodzenia do prawdy. Właściwy człowiek przy właściwym filmie?
Co jeśli ktoś nie lubi muzyki tła? No problemo. Ponieważ przewodnikiem i tłumaczem Johntana w podróży do Trachimbrodu jest Alex, zafascynowany amerykańska kulturą sympatyczny dresik, postać komiczna, bezpośrednia i stanowiąca kompletne jego przeciwieństwo, to mamy w soundtracku kilka piosenek rosyjskich przedstawicieli muzyki alternatywnej. Mamy Leningrad (nie mylić z Leningrad Cowboys) i m.in. Gogol Bordello czyli folk rock w natarciu. Przemelodyjne, pełne życia, werwy i dętych smaczków utwory doskonale podkreślają humorystyczny pierwiastek filmu.
.jpg)
Co dodać? Z ciekawostek: Alexa gra naturszczyk, Eugene Hütz, który na co dzień wokal daje do Gogol Bordello i aktualnie w reżyserowanym przez Madonnę filmie występuje, a jego muzyczna formacja jest jednym z ulubionych zespołów blond „królowej popu”. Dwa: owy ulubiony zespół pojawia się w niekompletnym składzie w filmie. Gdy na dworzec w Odessie przyjeżdża Johnatan, Alex wita go wraz z kapelą. Trzy: reżyserem jest aktor, Liev Schreiber, znany chociażby z serii filmów Krzyk i jest to jego debiut reżyserski. Udany, bardzo udany.
Dla humoru, muzyki i doskonałych zdjęć polecam film. Dla chwili z ciekawą prozą łapcie za książkę.