Zazwyczaj w plejaku mp3 noszę mało rocka. Zazwyczaj noszę lajtowe granie. Zazwyczaj kończy się na szczęście raz na jakiś czas i wtedy daje upust swoim pierwotnym upodobaniom muzycznym.
Gdy poziom lamerstwa w moim plejaku osiąga kosmos, dla zdrowotności zabieram ze sobą Callisto, zabieram My Dying Bride, pierwszego Slipknota, słucham jak się drze Edlund w pierwszych Tiamatach czy Anselmo w The Great Southern Trendkill, przyśpieszam w rytmie Bad Religion i Spermbirds, by zakończyć jak prawdziwy rycerz z sercem ze stali, czyli na polu bitwy, zbroczony krwią moich wrogów – słuchając Manowara. Bo raz na jakiś czas nawet największy na świecie lamer potrzebuje kopa. Potrzebuje wyrównać rachunki.
Budzę się rano i czuję, że w moich uszach dziś będzie wojna. Dziś czas na Red Album. Dziś jestem twardy, nieprzewidywalny, mocny, niezniszczalny – jak najnowsza płyta Baroness.
Więc powoli wstaję. Powoli otwieram oczy. Powoli złażę z łóżka, choć babka z dołu nie dała wczoraj usnąć, oj nie dała. Bo kupując mieszkanie to jego lokalizację jesteś w stanie sobie wybrać, ale sąsiadów się nie wybiera. Sąsiadów się kupuje z mieszkaniem. Taki morderczy bonus. Więc zakładam kapcie i rozkręcam się lekuchno w rytmie Rays On Pinion.
Ubrany, zakapturzony, z plejerem na uszach schodzę po schodach i słyszę jak John Baizley drze się, żebym swoją duszę ratował. Ok...Ok...ale po kolei. Najpierw moim emocjom dam upust.
I patrzę, stoi przed swoimi drzwiami. Ta co spać nie dała, ta co modliła się do radia na głos, do pierwszej w nocy, ta co głośno kaszle, jakby umierała, ta co ma kota szczającego pod oknami, ta co gada z tym kotem, „kicia – chodź do mamci”. Kurwa...do mamci! To ta, co bardziej punktualna od budzika jest, bo tuż po 7 rano już słyszę jej radio ulubione. Już biorę nieświadomie, wbrew sobie, udział w tej mszy transmitowanej z jednego z kościołów warszawskich. I nieświadomie, niemal przez sen, powtarzam razem ze wszystkimi: Zdrowaś Mario Łaskiś Pełna Pan z Tobą...
I mówię do niej: „- Droga Pani sąsiadko, gdybym dziś na uszach miał Cheta Bakera, Stinę Nordenstam, Cake’a czy cokolwiek innego, byłby pani bezpieczna. Ale nie. Dziś mam Baroness. Dziś nie daruję. Bo mam dość. I tych mszy z rana i w nocy i tego kota” – więc pani sąsiadce sprzedaje blaszkę, a kota zabieram. Nie żeby sam przyszedł do mnie, bo to głupie stworzenie i generalnie niewiele czai, ale akurat jego szarobura kita między framugami się pojawiła, więc go chwytam. Biorę pod pachę i na dobitkę rzucam: - Kumplom z Olsztyna prześlę Pani Sąsiadko. Oni wiedza co z kotami robić. Wrażliwe chłopaki. Nawet zespół mają.
I ogarnia mnie spokój, i ogarnia mnie radość, że dziś spokojnie wyjdę na balkon i nie będę czuł kociego moczu, że spokojnie zasnę i się obudzę wypoczęty, mając w głowie ciszę.
Droga na pocztę. W uszach zaczyna się drugi numer – The Birthing. Gęsto od tych dźwięków, gęsto od gitar i mięso z rifów. Moja pewność siebie i poczucie siły wzrastają z każdym kolejnym rifem, z każdą zagrywką. Łeh, jak dobrze.
Ale gdzie tam. Siła spokoju zburzona. Przede mną Pan Dozorca. Ten, co to kupki psie zamiata i ustawia co ileś metrów na chodniku. Nie...nie wmiecie na trawę razem z liśćmi. Nie. On jak Kopciuszek. On rozdziela. Kupki na swoja kupkę, liście na swoją. Co za bezsens. W dodatku tego do końca nie sprząta tylko już składa grabie i miotłę. Więc mówię mu: „-Proszę Pana, gdybym dziś w uszach miał Marleya, Cave’a, Travisa, Petera Gabriela, albo cokolwiek innego to pewnie bym nie zwrócił uwagi, pewnie bym się pana nawet wstydził, pewnie bym olał. Ale nie... Właśnie Isak się zaczął. Właśnie John śpiewa: Isak, Hands in the ground, Buried traces of sound scream, ja nie mogę. Ja nie mogę patrzeć na te kupki, ja nie mogę patrzeć na ta rozkraczoną srokę, co zdechła leży dwa metry dalej. Co ja mam ją pod podeszwą przez pół miasta wlec?” Blaszka się należy. Odchodzę usatysfakcjonowany. To działa.
Poczta. Tu zawsze jest najgorzej. A w uszach właśnie zaczyna się niewinnie Wailing Wintry Wind. Może być źle, może być armagedon.
No, nie mylę się. Alarm na poczcie ryczy na całego. Wyjmuję jedną słuchawkę, żeby mieć jakiś kontakt z rzeczywistością, choć nawet jeśli bym w ogromnej prezerwatywie na pocztę przyszedł, to ta rzeczywistość i tak mnie dopadnie, rozpozna i zje. Więc wyciągam numerek. Dziesięć osób przede mną. Alarm dalej jakieś zło obwieszcza. Żeby chociaż w rytm utworu, żeby chociaż w tempie tego czego słucham, żeby w tonacji. Nie! Wyje jak Farinelli, aż mi się białko ścina. Ci co to od wczesnych godzin rannych obstawiają pocztę, to ci sami, co z kotami żyją. Ci sami co się wraz z radioodbiornikami spowiadają. I oni w kółko pytają: A tego się nie da wyłączyć? Musi tak wyć? No kurwa – myślę sobie – dla przyjemności taki alarm nie wyje. Bo komu to przyjemnie jak mu się zez mechanicznie robi od natężenia tego pisku? Ale nie...jeszcze jeden dociekliwy babol, co przed chwilą wlazł na pocztę pyta koleżanki: -A to musi tak wyć? Przecież to wyłączyć trzeba! – gdacze. Kurwa....Vasco Da Gama i Kolumb w jednej osobie. I staram się opanować, żeby nic nie powiedzieć, ale nie daje rady, bo w jednym uchu gra Aleph, a tam zmiany tempa, a tam bębniarz miesza na maxa, tam się gitarzyści popisują. Ja nie mogę. Mnie roznosi. Więc do baboli podchodzę i mówię: „Drogie Panie, może gdybym miał dziś w uszach Johna Frusciante, może Athlete, może gdyby mi grał Beirut, to może bym odpuścił, ale dziś wasze gdakanie mnie wkurwia. Dziś śmierć się wam należy. Sorry”. I sprzedaję dwa komplety blaszek w te upocone włochate czoła. I od razu mi lepiej. O...i utwór się skończył. Chwila ciszy. Jakiej ciszy? Alarm dalej napierdala. Przechodzę przed kolejkę i do twarzy w okienku się zwracam, (w uszach dodaje animuszu Teeth of a Cogwheel – bębniarz niemal na rękach tam staje): „Droga Pani Poczciarko, ja wiem, że pani dziś mogła mieć więcej szczęścia, bo ja sobie mogłem włączyć coś innego, coś spokojnego, ale właśnie dziś nie miałem ochoty, więc proszę powiedzieć o co z tym alarmem biega...”. A ona mętne tłumaczenia rzuca. A ona mydli oczy. Ona już wszystkich wkurwia na tej poczcie, ale to ze mną ma najgorzej, to ja słucham dziś Baroness, ja bezlitosny jestem. Ja ją dziś zamorduję. Więc pytam „Na co my czekamy? Aż któryś z klientów to wyłączy, aż prądu braknie czy aż samo zdechnie z wycieńczenia? Gdzie jest ochrona? Czego to kurwa tak wyje?”. A ona rozkłada ręce: „Ochrona poszła dzwonić po firmę od alarmów”. Miałem wrażenie, że nie zdziwiła ją blaszka. Mnie natomiast po niej ulżyło.
Na chwilę. Bo oto przy okienku numer jeden pijane babisko rozprawia na głos o złodzieju, który się Poczta Polska nazywa. Bo ona to przesyłała córce do Włoch paczkę dwa dni temu i nie doszło. Myślę sobie: Babolu, masz ze mną przesrane. Bo trzeba było na geografii siedzieć w pierwszej ławce, trzeba było wzrok w pana nauczyciela wbić i słowa z jego ust spijać, a nie w ostatniej ławce z Leszkiem to samo z winiakami robić. Byś Babolu wiedziała, gdzie takie Włochy są. A jakbyś dni tygodnia znała to czajka by przyszła i skumała byś babolu, że niedziela była wczoraj i poczta nie pracowała, nie dostarczała przesyłek. I tak jak ty na co dzień, babolu jeden, pijesz, tak wczoraj i przedwczoraj te poczciarki mogły sobie robić to samo. A matma? Co z matmą? Babolu, trzy dni robocze to np. od poniedziałku do środy, a nie od piątku do niedzieli. Więc blachę dostaje nawet bez mówienia, bo w uszach już mam O'Appalachia, a tu nie ma miejsca na tłumaczenie, na sentymenty. Tu John niemal od początku krzyczy Raise your voices!!! Więc ja razem z głosem łapę swoją podnoszę i blachą częstuję. A jakże.
Dobra...wracamy. Poczta załatwiona. Przed blokiem sąsiadka z czerwonym czołem kota szuka. Zdążyła już zapomnieć. Na sam koniec w uszach Grad. Idealny numer na koniec podróży. Długiej i wycieńczającej. To utwór na końcowe litery, na informacje o obsadzie, reżyserze, operatorze kamery. Na informacje o marce taśmy filmowej użytej do nakręcenia filmu. A propos filmów: każdy ma swój dzień świra, tak jak i każdy ma swój dzień świstaka.
Wchodzę do domu i w zasadzie to cieszy mnie myśl, że 31 marca nową płytę wyda Portishead.

Wawatown, 09.01.2008