„-Przecież ja znam Świetlickiego, spoko koleś!”. „-Ty??? A skąd Ty Świetlickiego znasz???”. „No jak skąd? Byłem na koncercie w hardroku, nie? No i fajka mi dał normalnie, poczęstował mnie, normalnie jak na scenie stał, spoko koleś z gościa”. Taaa…tak zapewne brzmiałaby rozmowa niedowartościowanego intelektualisty, być może pracownika biblioteki jakiegoś uniwerku albo co, z kumplem, równie niedowartościowanym, po tym jak ten pierwszy podszedł do poety na jego koncercie i na bezczelu poprosił o poczęstowanie papierosem. Normalnie z pierwszego rzędu se podszedł i poprosił. Kurde fakt. Przecież widziałem. Afery nie było, ale akcja nieźle syfiasta. Nie wiem tylko co dostał. Niebieskie galuazy, zielone LMy, zwyczajne vogue'i?
Na Świetliki przyszedłem pierwszy raz w życiu. Nie dane mi było wcześniej. Nie marudzę, że na plakatach było 21.30, ale nie zauważyłem i wpadłem na 21:00. Nic to. Na plakatach nie było też rogrzewaczy czyli Pauliny Bisztygi z zespołem, więc oczekiwanie na krakowiaków trochę się przeciągało. O ponad 50 minut. Ale nic to, nowej muzy posłuchałem, miło było. Więc jestem tam i obserwuję. Widzę i słyszę jak niektórym już nerwy na supporcie puszczają. Głupie docinki już w powietrzu, już odpalone petardy słowne lecą w stronę sceny. „-To już nasz przedostatni kawałek – zapowiada artystka”. „No bardzo nam przykro, baaaardzo” – komentuje z pijackim smutkiem w głosie jakiś łysol. „Do domu!” – rzuca kumpel, który później będzie pytał Świetlickiego „A gdzie kolega Bogusław, gdzie Boguś???”. Się bawi Warszawka. No nic…wiadomo, rozgrzewacz lekko nie ma.
„Popatrzcie na nas jesteśmy, starzy, piękni i bogaci” – się zaczęło. Ładnie się zaczęło. I przez te półtorej godziny usłyszałem wszystko co chciałem. No, może oprócz Listopada i Henryka Kwiatka. Miałem m.in. ulubioną Chmurkę, wzruszającą Korespondencje Pośmiertną, Słonidarność, Pod Wulkanem, Oplutego z udziałem Pablopavo („-To jedyny Warszawiak jakiego jesteśmy w stanie zaakceptować” – zapowiedział jego udział Świetlicki) Niebieskie i hiciorksą Filandię. Przy tym ostatnim numerze rozochocony intymną bliskością sceny wieśniacki łysy pałol gdzieś zza moich pleców rzuca zapytanie o Bogusia. „-Nie wiem gdzie pan Bogusław. Niech Pan zadzwoni i zapyta” – odpowiada spokojnie Świetlicki. Łysy coś bełkoce pod zaczerwienionym wiejskim nosem i na tę chwilę tego obcowania z artystą mu wystarcza. Bałem się. Bałem się przerw między utworami. Bałem się, że ktoś znowu jebnie jakiś sucharski tekst i będę musiał stawić czoła temu wstydowi przebywania w pomieszczeniu z czerstwym jełopem. Ja się przyszedłem oddać atmosferze święta, bo dla mnie każdy koncert to święto. I ja rozumiem, że zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo święto to weekendowa impreza, ale skąd takie łory na koncercie Świetlików? Nieważne. Staram się nie myśleć i nie słyszeć. Ale kolejna przerwa to kolejne parę sekund ciszy, do której zagospodarowania ochoczo przystępuje kolega łysej pały, najbardziej wieśniacka twarz Nowej Wsi. „-Grajcie z pierwszej!!! Pierwsza najlepsza!!!” – drze pacholęcego ryja. „Pierwsza najlepsza? – dopytuje Świetlicki – Przecież to tak jakby Ci powiedzieli, że w przedszkolu byłeś najlepszym kochankiem”. Kumple ewidentnie nie zrozumieli, ale czynią pozory uśmiechając się krzywo do siebie.
Leci następny numer, a ja już modlę się, żeby kończąca go cisza była kurwa ciszą, a nie popisem budowlańców poprawiających sobie ego obecnością na jakże poetyckim przedstawieniu. Mam już jeden nóż w plecach i nie ma tam miejsca na następne… Ni chuja… Nie ma bata. Staram się skupić na piosence, ale kątem oka widzę jak świeżo upieczony pracownik naukowy jakiegoś szanowanego zapewne ośrodka akademickiego znalazł sposób na zbliżenie się do światła jupitera. Znalazł sposób jak zostać zauważonym przez zespół. On, w całej swojej światłości, doszedł do wniosku, że skoro ma w zasięgu ręki setlistę czyli spis utworów jakie będą tego wieczoru grane, to on se może to wziąć i zobaczyć i będzie mądrzejszy od tych wszystkich niedouczonych głębi, którzy za plecami mu stoją. I on bierze tą setlistę i w pierwszym rzędzie z kolegą na jej temat dyskutują. I widzę jaką minę ma Grzegorz Dyduch, basista Świetlików. I widzę z jakim zwątpieniem patrzy na ta sytuację. I jest mi wstyd. No, ale to nie koniec. Po dogłębnej analizie programu koncertu, dwaj wąsaci panowie z setlistą, postanowili podzielić się nią z osobami stojącymi w rzędzie drugim. No bo przecież im tak samo zależy, aby program cały znać od podszewki. I chwalą się tym z drugiego rzędu śmiejąc się pod tymi zasmarkanymi wąsikami. I te ich oczka zmęczone gapieniem się w komputer i książki, marszczą się bardzo i przypominają przecinki. I nerwy trzymam na wodzy już resztkami sił. Bo ja wiem jak mierzi takie zachowanie pierwszych rzędów (moje zespołowe doświadczenie to jest akurat temat na duuuuży tekst – może kiedyś…).
Ale to jest nic, bo leszczyk odłożył setlistę, poczekał do końca numeru i lezie do wokalisty odpalającego w przerwie papierosa. Lezie i prosi o fajkę. No wiecie, można wziąć od kogoś z publiki, ale nie będziemy się z plebsem bratać. No i stawia na swoim. Zabiera od lekuchno zaskoczonego Świetlickiego wyproszony prezent i zdaje sobie sprawę, że odwagi starczyło mu tylko na wysępienie papierosa. Jeszcze ogień. Z tym nie ma problemu. Teraz, kiedy po tej akcji, stał się lokalną gwiazdą, nie ma w nim krzty widocznej wcześniej nieśmiałości. Teraz chwilowo jest pewnym siebie młodym naukowcem nie mającym problemu, aby uderzyć do stojącej za nim, będącej wcześniej kompletnie poza jego zasięgiem, blondyny i poprosić o zapalniczkę. Widziała co zrobił, wie na co go stać, nie odmówi mu. Odpala gifta i po raz kolejny udaje zainteresowanego koncertem. Choć nie jest, bo w głowie pewnie już układa sobie opowiastkę, którą sprzeda znajomym w pracy, jak to on blisko jest z kolegą artystą. Żenada.

I tak z jednej strony chcę się wyłączyć, nie słyszeć, nie uczestniczyć w tej wylęgarni drętwoty, nie reagować w myślach na te wieśniackie docinki Misterów Dożynek 2009, ale w mordę nie mogę. Krępuję się raz za razem, jest mi niewygodnie i moja wyobraźnia już głupieje. Widzę jej oczami jak przypływa rzeką Wisłą ten piracki statek o pięciu masztach i dwudziestu armatach i wywołany Świetlicki palcami łysego i jego kolegę pokazuje i mówi „Tego, tego sprzątnąć… tamtą!!!”.
Na szczęście nic mi nie było w stanie zepsuć odbioru całego koncertu. Muzycznie, wykonawczo i generalnie klimatycznie było bardzo w porządku, a częste wycieczki w stronę krakowsko-warszawskich animozji bardzo smaczne. I nawet ten klub mi tak nie przeszkadzał, i nawet nagłośnienie było w porzo, i ten łysy burek już przestał mnie absorbować, i zapachy z kuchni zobojętniały i miło jest… Jak na pierwszym roku w Krakowie.
Dobrze żeśmy młodo nie umarli.
Thx Xero za aparat. Co z tego, że Canon;-P
Wawatown, 10.11.2009