Patologia światopoglądu 4
dodano: 02.06.2009

Bez ściemy. Nie jestem twardzielem. Mógłbym udawać, że jestem, ale żyją jeszcze świadkowie mojego zejścia na widok strzykawki w licealnym pokoju pielęgniarek podczas jakiegoś obowiązkowego szczepienia. A jak żyją, to ja bez ściemy mówię: tak, wrażliwy jestem. Tak, czasem wzruszają mnie TVNowskie programy. Tak, płakałem oglądając finał Mam Talent, jestem prostym człowiekiem, o prostej konstrukcji. Jak widzę czyjeś szczęście - wzruszam się. Jak widzę nieszczęście – wzruszam się.  W kinie, przy książce, na koncercie – potrafię się rozkleić. Jestem nawet nadwrażliwy. Tak jak moje jelita, na przykład.
 
Wbrew ostatniemu zdaniu nie będzie to opowieść o moich gastrycznych przypadłościach, ale rzeczach, które właśnie ostatnio mnie poruszyły, przyprawiły o gęsią skórkę, o łezkę w oku, o szczery uśmiech pod wąsem. Zacznę może, że…
 
Wzruszka pierwsza:
 
…przeczytałem biografię Jacka Kaczmarskiego. I co? No i zwalili mi, i zapewne wszystkim jego fanom, ten postument, przez wiele wiele lat z takim namaszczeniem polerowany i czyszczony, doglądany i czczony. Odbrązowili nam barda. No bo, że artysta pił to wiadomo, ale że po alkoholu zdarzyło mu się serię koncertów odwołać i żonę trzepnąć? Że artysta był człowiekiem mądrym, inteligentnym, oczytanym to wiadomo, ale że ogromnym egocentrykiem i nieprzyzwoitym wręcz narcyzem uwielbiającym być zawsze w centrum uwagi? Że kochał kobiety i miał kilka żon to wiadomo, ale że hulaka i babiarz pokazujący żonie zdjęcia swoich muz poznanych po występach? Że z Gintrowskim i Łapińskim tworzyli doskonałą Trójcę to jasne, ale że ten pierwszy na koncertach olewał numery w których nie śpiewał, a ten drugi od czapy gwiazdorzył? Runęły mury i runęło mi jego prawie nieskazitelne popiersie. I dobrze. Teraz odsłaniają się, wychodzą z cienia inne konteksty jego utworów. Pojawiają się nowe interpretacje i Kaczmarskiego można odkrywać sobie na nowo. Do oczywistego, tragicznego końca. I zastanawiam się tylko czy te Mury śpiewane w deszczu w dniu pogrzebu przy jego grobie, w kontekście jego życia i tego czym dla niego się stały, nie były zgrzytem? Złośliwym dowcipasem historii. Czy nie lepiej zabrzmiałoby: „Pamiętajcie Wy o mnie co sił, co sił, choć przemknąłem przed Wami jak cień…”. Ale mnie tam cholerka nie było. Spóźniłem się jakieś pół godziny, bo deszcz co to tak padał niemiłosiernie zatrzymał mi autobus, a taksówkarz później zawiózł nie na te Powązki. No, ale nic… popłakałem sobie na koniec ostatniego rozdziału.
 
Właścicielce przycmentarnego stoiska ze zniczami wiszę jeszcze 2 zł. – Kurde, nie mam drobnych – mówię. – A do Kaczmarskiego pan idzie? – pyta. – Tak. – To pan odda przy okazji, i jeszcze jednego ode mnie postawi.
 
Wzruszka druga:
 
Kolega Szymon ma wydawnictwo. Kultura Gniewu. Oni komiksy wydają. A, że ja rysunkowe opowieści lubię bardzo, bom na takich m.in. wychowany, to zakupuję wszystko z KG jak leci. Zaufanie mam bowiem do nich kosmiczne. Nie ma lepszej lektury do trasowego busa albo podróży pociągiem jak jakiś grubaśny komiks i dlatego do trzygodzinnej teleportacji z miejsca K do miejsca W, środkiem lokomocji PKP, wybrałem Trzy Cienie. Zdarzyło Wam się wzruszyć przy czytaniu dymków i oglądaniu obrazków? Jeśli nie, to spokojnie możecie zacząć od tej historii. W skrócie: sielskie, niczym niezmącone życie sympatycznej, ciepłej rodzinki, zostaje zakłócone przez pojawienie się za oknami trzech cieni. Cieni jeźdźców, którzy z każdym dniem podchodzą coraz bliżej chatki głównych bohaterów. Atmosfera napięcia, niepewności i strachu powoduje, że ojciec rusza wraz z synem w długą podróż – ucieczkę. Tak chwytającej za serce historii o rodzicielskiej miłości, odpowiedzialności i poświęceniu nie widziałem na oczy jak żyję. Z okładki ponad dwustusiedemdziesięciostronicowego komiksu można wyczytać o powiązaniach autora ze studiem animatorskim Disneya. Pan Pedrosa był tam rysownikiem i odpowiadał m.in. za Dzwonnika z Notre Dame, więc zrozumiałe, że kreska jest iście bajkowa i w takiej konwencji utrzymano tą opowieść. No więc w okolicach Kielc, totalnie zaskakując krawaciarza z laptopem na kolanach, uroniłem łzę nad losem taty i jego syna. Zazwyczaj okoliczności determinują siłę wzruszenia i łatwiej nam sobie pochlipać w cichym pokoju przy nastrojowej muzyce. W tym przypadku nie determinowały. Pewnie dlatego, że sam przecież jestem młodym ojcem.
Polecam jak nie wiem co.

Kupujemy TUTAJ.
 
Wzruszka trzecia:
 
Wzruszyłem się jak dziecko i upierzyć się miałem zamiar jak gęś, gdy otrzymałem smsa z wiadomością, iż koncert zespołu WHY? w Polsce to już pewnik. Pierwszego lipca moje święto. Święto fana. Szczególne tym bardziej, że jako support zagra/zaśpiewa Drivealone. Czyli dwa kąski  z jednej gąski. Osobom nie w temacie tłumaczę: Why? to zespół ze Stanów, z wytwórni Anticon, kojarzonej z hiphopem. Tyle, że ten hiphop to nie taki dresiarski jak u nas w większości się słyszy, ino taki z indie rockiem pomieszany, z wieloma gatunkami się mieszający, tak upraszczając moją gadkę. I choć na jutubie piszą: This man is the best thing to happen to hip hop in quite some time to tak naprawdę Why? pierwszemu lepszemu słuchaczowi z hiphopem się nie skojarzy, Na potrzeby tego akapitu powiedzmy, że to takie skojarzenie The Streets z Bright Eyes. Poruszające melodie, rewelacyjne aranże i teksty. Muzycznie – miód. Próbki dwie:
 
 
Bilety TUTAJ.
 
Wzruszka czwarta:
 
Pisałem kiedyś o Muzyce Końca Lata. Teraz o odnodze czyli o równie ważnym tworze Maki i Chłopaki. Udziela się tam Makaron, gitarzysta MKL i za każdym razem kiedy widzę ich na żywo (a widzę w cholerę rzadko), czy to przeglądając urywki koncertów na jutubie, rozpływam się na dobre. Bo ja lubię jak komuś wychodzi naturalnie, ja lubię. A Makowi wychodzi. Lubię taką (sorry Maku) nieporadność na scenie. Ona mnie urzeka. No, nie wspominając o hiciorskim repertuarze. Ostatnio wzruszył mnie fragment koncertu, gdzie w trakcie wykonywania numeru Makaron prosi akustyka o wyłączenie dileja. Ja wiem, to w ogóle nie jest śmieszne, wiem, w dodatku stare. Nie ma się czym podniecać. Ale w tym jest tyle prawdy, tyle walki młodych kapel o sensowne traktowanie przez obsługę, tyle tej wspomnianej naturalności Maka, że aż muszę się tym podzielić:
 
 
A tu inne Maki:
 
 
A pewnie w tym roku Maki i Chłopaki wydadzą płytę (byle była w dobrym tempie;-)) i świat się zmieni!!! Co ciekawsze MKL też się wydaje;-)
 
Wzruszka piąta:
 
Początkowo się wzruszyłem, aż mnie zemdliło, a potem dostałem gęsiej skórki tym razem z obrzydzenia, gdy oglądałem HIT Generatora, z którego odpadła Justyna Steczkowska. Nie oglądam tego namiętnie. Znaczy się…obudzę się w pokoju przed TV to zerknę co oni tam generują, ale żebym se specjalnie nastawiał budzik, to nie. No i tak zajrzałem w tą TV, a tam Justyna przegrywa z jakimś zespołem, co śpiewa, że „niby razem a jednak nie”. Zamurowało mnie, bo ok, może ma zacna piosenkarka ochotę na taka zabawę, że się z młodymi na ringu ściska, prawa do samodzielnej, mam nadzieję, decyzji nie odbieram, ale mierzi mnie natomiast, że jeden pyrpeć z drugim z jury, może sobie po takiej Steczkowskiej jak po kobyle rudej pojeździć. Jeśli pan ważny juror, w trosce o swój srogi, profesjonalny wizerunek wymagającego, znanego muzyka, co to nie jedno już słyszał i widział, nie ma litości dla Steczkowskiej, to skąd on ma ją mieć dla młodych, nieopierzonych zespołów, przyjeżdżających na nagranie pewnie nocnym pociągiem, wyczekujących w nerwach na swoją kolej, powoli zżeranych przez ostre zębiska tremy i liczących na to, że po występie w TV wszystko się zmieni.
 
Wedle notatki na stronie programu Michał Urbaniak, powiedział kiedyś: „Zawsze gdy słyszę w Polsce jakąś ciekawą i dobrą muzykę, to potem okazuje się, że robił ją Wojtek Olszak”. To ja lecę kupę.
 
I na dobranoc piosenka Steczkowskiej, przy której, choćbym 2 sekundy wcześniej ze śmiechu pękał, poważnieje:

 
City of bows and arrows, 01.06.2009