Jak ja kocham to miejsce czyli jak powoli przestaję przynależeć
dodano: 24.03.2009
 
Chyba jakoś na początku liceum zdałem sobie sprawę, że miejsce w jakim się rodzisz, w jakim mieszkasz, uczysz się, dorastasz, determinuje człowieka nierzadko na całe życie. Na studiach doszło do mnie, że jak człowieka licho zdeterminuje to się robi słabo, bo stanowiłem wtedy bardzo wyraźny kontrast dla ludzi z dużych miast – wygadanych, otwartych, pewnych siebie, przebojowych. Chyba pod koniec pierwszego roku, będąc wciąż na wyjeździe, w krakowskim, tymczasowym, przejściowym, studenckim mieszkaniu, zrozumiałem za co lubię i nienawidzę moje rodzinne miasto. Teraz, kilka ładnych lat po studiach, przestaję powoli do niego przynależeć. Nie ze wstydu. Raczej ze złości i bezradności. O goryczy będzie tu pisane.
 
Prolog
Odnaleźć w wieku dorastania odpowiednich dla siebie ludzi to najdelikatniejsze zadanie. Pieron wie kto komu zaimponuje. Może się okazać, że lump „podsklepowy” jakiś będzie twoim najlepszym kumplem. Albo koleś z siłowni, który potem okaże się sterydowcem i paserem. Może współtowarzysz szkolnej niedoli wciągnie cię w dilerkę, pokaże świat szybkiej kasy, zwinie ci sprzed nosa najlepszą laskę na osiedlu, a na koniec znajomości zajebie twojemu staremu furę sprzed bloku.
 
Moi znajomi na szczęście byli normalni. Normalni, dobrzy ludzie. Nie wszyscy, ale jednak większość. Z moimi założyliśmy kapelę. Graliśmy po garażach, wkurzając sąsiadów i psy, strasząc koty. Pożyczaliśmy instrumenty, z których nas okradano i potem miesiącami trzeba było kasę za nie oddawać w 350 ratach po 3 złote. Przyjemność z grania wiązała się z wieloma godzinami spędzonymi w miejscu przeznaczonym jednak dla samochodów, nie ludzi. Postanowiliśmy poszukać sali prób w naszym mieście. W tym mieście, które nas tak, a nie inaczej ukształtowało, w którym mieliśmy szczęście się spotkać i mieszkać, które wtedy było dla nas pępkiem świata, centrum wszechświata i ośrodkiem kulturalnym kosmosu. W Miejskim Domu Kultury, po wielokrotnych podchodach, znalazło się dla nas miejsce w grafiku sali prób. Wywalili nas po dwóch godzinach, bo pracownice ośrodka narzekały na hałas. Graliśmy podobno głośniej niż wszyscy. Próbownia i tak okazała się składem starych, piekielnie wysłużonych wzmacniaczy i bębnów o powycinanych w przedziwne kształty talerzach. Pierwsza akcja pt: „Proszę Cię moje kochane miasto – pomóż!” zakończyła się niepowodzeniem. Wróciliśmy więc do garażu. Tu nikt nie parzył kawy, nikt nie plotkował, za to wszyscy mieli masę cierpliwości i życzliwości. W końcu to garaż rodziców.

Pomijając historię kolejnej próbowni, z której wywalił nas pracujący trzy piętra wyżej dentysta, i kilka, mimo wszystko miłych chwil spędzonych podczas różnych miejskich przeglądów kapel, doszliśmy do wniosku, że to miasto, które tak nas ukształtowało, które tak mimo wszystko szanujemy, w zasadzie wysysa z nas więcej energii niż jest w stanie nam jej dać i postanowiliśmy sobie żyć i muzykować w mieście innym. Większym.
 
Wyprowadzka okazała się strzałem w dyszkę, bo wiadomo…miasta większe rządzą się swoimi prawami, dają możliwości, a i okoliczności są bardziej sprzyjające. Nam szczęście sprzyjało i po przyjeździe do stolicy od razu znaleźliśmy miejsce do grania. Bez problemu, bez kasy, za darmo, na twarz, na słowo honoru, z wyposażeniem o jakim marzyliśmy. A potem to normalnie jakby TGV przejechało. Całe życie do góry nogami w chwil kilka. I jakieś płyty, jakieś koncerty, jacyś ludzie na koncertach.

I
Gdy we łbach wymyśliliśmy sobie, z klubem Semafor, Skarfest, w pierwszej chwili zobaczyliśmy duży festiwal, z masą gwiazd krajowych. Swoisty Dzień Muzyki w naszym mieście, w najbiedniejszej części kraju. Wyobraziliśmy sobie przedsięwzięcie, w które zaangażują się nasi włodarze i wspólnie z ich wsparciem, z naszym zaangażowaniem i doświadczeniem, będziemy mogli w Skarżysku obchodzić swoiste święto muzyki. Nie było tak pięknie. Miasto oddało nam do dyspozycji teren stadionu Ruch, zapewniło prąd i w miarę możliwości wsparło finansowo. Ćwiarteczkę dołożyli. Ćwiartkę całego budżetu festiwalu. Aby festiwal się odbył resztę musieliśmy wyłożyć z własnej, czytaj: zespołowej, kieszeni. Po wielomiesięcznych stresogennych przygotowaniach, setkach wykonanych telefonów, tonach papierkowej roboty, festiwal, taki nasz malutki wkład w rozwój kulturalny regionu, odbył się ku naszej uciesze. Nie liczyliśmy na zwrot zainwestowanych pieniędzy i zagraliśmy na nim charytatywnie, bo ciężko brać od organizatora pieniądze za występ, szczególnie kiedy samemu się nim jest, a wszystko dodatkowo balansuje na granicy opłacalności. Raz się żyje. W dniu koncertu na stadionie znalazło się ponad 2 tysiące ludzi. Frekwencję podniosły dodatkowo jednostki, które dostały się na stadion na tzw. krzywy ryj, przez płoty i żywopłoty znaczy się. Specjalnie nas to nie zdziwiło. Przecież Polak potrafi, a region biedny. Było super. Impreza spoko. Nawet kasa się zwróciła z nawiązką. Nadwyżki było kilka tysięcy. Po wspólnej naradzie postanowiliśmy je oddać na Świętokrzyski Oddział Olimpiad Specjalnych w Skarżysku, bo tak. Wszyscy szczęśliwie rozeszli się do domów.

Przy organizacji kolejnej edycji Skarfestu, która niestety nie doszła do skutku, dowiedzieliśmy się cichaczem, że na mieście gada się o krociach jakie zarobiliśmy na poprzedniej edycji imprezy. Że za taką kasę to se spokojnie możemy w chacie siedzieć prawie do końca życia… Kto by się nie wkurwił niech pierwszy wyrzuci monitor przez okno.
 
II
Szczecin. Klub Słowianin. Jakieś 6 miesięcy temu. Gramy sobie koncert w miejscu znanym i przez nas bardzo lubianym. W zasadzie to dopiero się zaczął, kiedy z publiczności, wypada przed barierkę, noszona na rękach dziewczyna. Ochrona nie zdążyła zareagować. Nieszczęśliwie spada głową na dół, wprost na schodki przed sceną. Nas zmroziło na dobre kilka minut, a ją, zakrwawioną od stóp do głów na sygnale odwozi karetka. Nie da się pstryknąć palcem, zapomnieć i dalej grać, jak gdyby nic się nie stało. Ciężko nam się skupić i humory mamy nietęgie. Weź tu graj teraz te wesołe piosenki. Doświadczenie uczy. Po kilku takich wypadkach i innym, tym podobnych, z udziałem fotoreporterów, wprowadziliśmy z rozsądku pewne ograniczenia. Aby było bezpiecznie. Kiedy człowiek się naogląda takich akcji to nie ma bata, siłą rzeczy chce się przed nimi zabezpieczyć.
 
Podczas ostatniego koncertu w naszym rodzinnym mieście, w tym, które tak na nas wpłynęło, tak nas ukształtowało, wprowadziliśmy je także. Z tym, że w małym mieście, przedstawiciel czwartej władzy w zasadzie może robić za prezydenta. No i poobrażały się nam media niemiłosiernie. Że gwiazdy przyjechały i nie pozwalają zdjęć robić, że U2 normalnie. Że gwiazdy nie mogą mieć brzydkich zdjęć, bo tak bardzo dbają o swój wizerunek. Że usunięto fotoreporterów ze swoich miejsc pracy, ba, stanowisk nawet. A za stanowisko m.in. robi „fosa” czyli miejsce przed sceną pół na pół metra, w której stanie z aparatem przy 400 ludziach w klubie grozi wypadkami mniej drastycznymi (glan w głowe i fotoreporter ma guza) i bardziej drastycznymi (glan w aparat i fotoreporter ma guza i kilka tysięcy w plecy).No i oni w geście sprzeciwu nie pokażą zdjęć z koncertu. Bo mają robione spoza fosy, ale uszanują naszą decyzję, i nie pokażą nas spoconych, bo my sobie zdjęć po kąpieli nie życzymy. Paaaaani „Redaktor” droga, a czy pani ktoś zabronił robić zdjęcia skądkolwiek indziej? Czy ktoś panią z klubu wyprosił? Ktoś aparat zabrał? Baterię litowo jonową wyjął i zeżarł? Zapluł nowiutką Sigmę? Ktoś wytargał za włosy po pierwszym naciśnięciu spustu migawki? No właśnie nie! Pani mi pisze, że nie takie gwiazdy się dały fotografować z fosy w Semaforze. A ja powiem, że nie takie media nam robiły zdjęcia i nie było problemu. Więcej powiem…wyglądaliśmy na nich jak mokre świnie, a ukazywały się to tu to tam i ich autorzy nie otrzymywali telefonów z pogróżkami. Bo my normalni ludzie jesteśmy, choć pewnie w oczach wielu, gwiazdy z nas przeokrutne i jeśli z muszli nie poleci kozie mleko, to gówna nie spuścimy. A już nie wspomnę o tendencyjnym tekście na łamach portalu, który mieliśmy za profesjonalny, i z którym do tej pory żyliśmy w zgodzie. A bo już mi się nie chce. Pokory proszę Was, pokory.
 
Ale w sumie ja się nie dziwię. Zawsze mi powtarzali na studiach, że NEWS musi być, NEWS najważniejszy. A że nieprawdziwy? To Myslovitz chyba śpiewał, że fikcja jest modna…


Epilog
Jedziemy do Skarżyska na spotkanie z uczniami szkoły podstawowej. Poproszono nas, żeby coś pogadać z nimi o muzyce, o nagrywaniu płyt, o koncertach, o funkcjonowaniu zespołu rockowego w Polszy, o życiu w trasie, o spełnionych marzeniach itd. Więc jedziemy, pełni obaw, jak Kasia Kowalska, bo my w takich sytuacjach za mało razy byliśmy, żeby komfortowo się w nich czuć. Ale jedziemy, bo misję czujemy, bo poprosili, bo się nie odmawia, bo trzeba coś zagrać na gitarze i dzieciom może bakcyla zaszczepić. No bo nasz Artur też był na takiej pogadance w warszawskiej szkole i było sympatycznie, i zrobiliśmy takie coś w częstochowie, więc czemu nie powtórzyć tego w naszym rodzinnym mieście, któremu tyle zawdzięczamy, no bo tak nas ukształtowało, tak wychowało. Więc jedziemy, choć stremowani jak cholera. I w sumie na wejściu, po krótkiej wymianie zdań z panią od polskiego, ta, wyjmując aparat fotograficzny, pyta nieśmiało: „A panowie się zgodzą na zdjęcia? Bo ostatnio wszędzie mówią, że panowie nie chcieli żeby im robić zdjęcia na koncercie w Skarżysku”.
 
Koziego mleka nie dowieźli, w mieszkaniu wali kupą.
 
I dlatego powoli przestaję przynależeć.
 
 
wawatown, 24.03.2009